" Ani jedna kula nie wyleci z mego karabinu...". Ryszarda Schaefera dziennik końca wojny

W kolekcji prywatnej Piekarzanina Zygmunta Schaefera zachował się dziennik jego ojca Ryszarda z końcowego okresu II wojny światowej. Niepozorny, odręcznie pisany dokument jest interesującą relacją Ślązaka dwukrotnie przymusowo wcielanego do Wehrmachtu, który ostatnie miesiące II wojny światowej leczył rany po postrzale. To wówczas przelewał na papier swoje przemyślenia, które (gdyby zostały odkryte) na pewno nie spodobałby się Hitlerowi...

Ryszard Schaefer w wieku 16 lat. 

Ryszard Schaefer urodził się 1 czerwca 1919 r. w Brzozowicach, w kamienicy przy ul. Szkolnej[1] jako syn Alfonsa Schaefera i Heleny z domu Reich. Miał jedenaścioro rodzeństwa (trzech braci i osiem sióstr). Został ochrzczony 9 czerwca 1919 r. w Kościele św. Apostołów Piotra i Pawła w Kamieniu. Ojcem chrzestnym został jego wuj, artysta malarz Stefan Schaefer. Rodzina pochodziła z Niemieckich Piekar, gdzie ojciec początkowo prowadził restaurację, a później pracował jako majster wagowy w kopalni „Andaluzja”.

Legitymacja szkolna z Gimnazjum w Szarleju.

Ryszard otrzymał staranne wykształcenie. Najpierw chodził do katolickiej siedmioklasowej szkoły podstawowej w Brzozowicach, a po jej ukończeniu w latach 1926-1928 uczęszczał do komunalnego gimnazjum niższego w Szarleju. W latach 1929-1934 pobierał naukę w wyższym gimnazjum państwowym im. króla Jana III Sobieskiego również w Piekarach Wielkich, gdzie po zdaniu końcowego egzaminu uzyskał małą maturę. Do Wielkich Piekar cała jego rodzina przeniosła się w 1938 roku i zamieszkała przy ul. Piekarskiej[2].

Ryszard Schaefer wykazywał zamiłowanie do rysunku, malarstwa i grafiki. Jego wujowie Stefan Schaefer i Kazimierz Schaefer, założyciele Zakładu Sztuki Kościelnej, oraz Teofil Schaefer, artysta malarz, szybko zauważyli jego talent plastyczny i zaraz po ukończeniu edukacji umożliwili mu pracę w filii Zakładu Sztuki Kościelnej w Chorzowie.

Oprócz pracy zawodowej brał aktywny udział w życiu miejscowej społeczności. Należał do górnośląskich organizacji patriotycznych: Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” (gniazdo Brzozowice) i Oddziałów Młodzieży Powstańczej.

Członkowie "Sokoła" z Brzozowic.

„Hacik” na bramce

Niezależnie od zamiłowania do sztuki Ryszard Schaefer przejawiał wrodzone predyspozycje sportowe. Pozwalało mu to odnosić sukcesy w gimnastycznych i lekkoatletycznych zawodach sportowych. Nade wszystko kochał jednak piłkę nożną i to właśnie jej był wierny przez prawie całe życie. W 1936 r. zadebiutował w roli bramkarza KS „Fortuna” Brzozowice i grał tam do kwietnia 1939 r., kiedy to uzyskał powołanie do ówczesnego piłkarskiego mistrza Polski AKS Chorzów. Jego dobrze zapowiadająca się kariera sportowa została przerwana wybuchem II wojny światowej.

Pod okupacją niemiecką i sowiecką wszystkie funkcjonujące przed wojną piłkarskie kluby polskie zostały rozwiązane. W 1940 r. w Szarleju-Niemieckich Piekarach powstał klub TuS Scharley (Turn-und Sportvereine), w którego składzie znaleźli się wszyscy ówcześni najlepsi miejscowi piłkarze z Ryszardem Schaeferem (pseudonim „Hacik”) w bramce.

Ryszard Schaefer na boisku w nieustalonym miejscu. 

Piłkarze Ryszard Schaefer (z lewej) i P. Franielczyk w 1941 r. 

Służba w armii wroga

Cena za to, że Górnoślązacy mogli w czasach wojennych uprawiać sport, była niezwykle wysoka. Nałożono na nich obowiązek służby w siłach zbrojnych hitlerowskich Niemiec. Ryszard Schaefer został powołany do odbycia służby wojskowej w latach 1940-1942 w Kłodzku (wówczas Glatz) na Dolnym Śląsku w 5 kompanii strzeleckiej 138 niemieckiej dywizji pułku piechoty jako piechur starszy strzelec – celowniczy rkm. Po powrocie zatrudnił się w bytomskiej kopalni „Karsten-Centrum”[3].

30 kwietnia 1944 r. został ponownie powołany do Wehrmachtu. Tym razem trafił na front zachodni, gdzie 29 września 1944 r. w walkach pod Aachen doznał postrzałowego złamania przedramienia lewego z blizną i zesztywnienia stawu nadgarstkowego z porażeniem. Według relacji przekazanej przez Zygmunta Schaefera niezadowolony ze służby w armii wroga „Hacik” celowo dał się postrzelić, wystawiając rękę z okopu. Z tego powodu kolejne miesiące spędził na rekonwalescencji w szpitalach polowych Wehrmachtu.

Ryszard Schaefer w mundurze Wehrmachtu. 

Dziennik końca wojny

Zgodnie z zapiskami rozpoczynającymi się 15 stycznia 1945 r. Ryszard Schaefer przebywał wówczas jako żołnierz Wehrmachtu w Kozłowej Górze i Szarleju.

Miał kontakt z rodziną mieszkającą w Piekarach Śląskich. Nie chciał opuszczać rodzinnych stron. Relacjonował nastroje miejscowej ludności i niepewność, którą autor dziennika porównał do sierpnia 1939 r. Będąc jeszcze w Szarleju, 18 stycznia 1945 r. wspominał o zajęciu Częstochowy przez Armię Czerwoną i postępującej ofensywie w stronę Lublińca.

Jak sam pisał, z wielkim trudem musiał pożegnać się z rodziną i ruszyć na front. Nie doczekał wkroczenia Sowietów do Piekar, bo 23 stycznia 1945 r. był już w Ziębicach na Dolnym Śląsku (Münsterberg), a następnie opisywał pobyt w wielu miejscowościach na terenie Dolnego Śląska i Śląska Opolskiego oraz Czech (Praga, Opawa, Ołomuniec).

Zmierzając wbrew swej woli na zachód, wyrażał tęsknotę za rodzinnymi stronami:

Ostatnie dni stają mi żywo przed oczami, dni które miały nas poprowadzić bliżej ku wschodowi, tam gdzie lasy kominów stoją, gdzie motory huczą, gdzie wielkie góry węgla usypane, tam gdzie nasza Ojczyzna się znajduje, tam ukochana matka moja, tam serce moje zostało. A gdzieśmy zaszli? do Pragi.

Nie ukrywał faktu, że w niemieckim wojsku znalazł się wbrew swej woli i każda klęska państwa, dla którego musiał służyć, sprawiała mu radość:

Pocieszamy się wzajemnie i wzmacniamy nasze nadzieje. Każda przespana noc skraca nam cierpienie i każdy przeżyty dzień zbliża nas ku wiośnie, ku lepszej przyszłości. Mapa którą kupiłem w Pradze oddaje nam dobre usługi. Dziennie szukamy w niej nowo zabrane miasta, podkreślamy je i w ten sposób przenosimy linię frontu na wschód i na zachód, do środka Niemiec. Nic nam nie sprawia tyle przyjemności jak fakt kurczenia się Niemiec.

W kwietniu dużo więcej będziemy wiedzieli, a Niemcom spadną okulary i zobaczą własnymi oczami ich koniec. Ze smutkiem będą musieli stwierdzić że dla nich słońce zachodzi i że już więcej im nie zaświeci. Ja tego jestem pewny i wierzę w to. Intuicyjnie odczuwam jakiś przełom w historii.

Dokument poświadczający przeszkolenie Ryszarda Schaefera jako sanitariusza Wehrmachtu.

 

Za wszelką cenę starał się sabotować rozkazy niemieckie i poprzez pobyt w szpitalu symulować niezdolność do wypełniania służby na rzecz III Rzeszy:

Przyrzekłem sobie być dla nich jedynie ciężarem i wszystko czynić na ich niekorzyść. Postanowiłem, że ze mnie już żadnej pociechy mieć nie będą, ani w szpitalu ani na jakimkolwiek posterunku jako żołnierz, a tym bardziej na froncie. Ani jedna kula nie wyleci z mego karabinu i ani jednej doby nie spędzę więcej w okopach. Pójdę na tę albo na tamtą stronę, ale zabić na koniec za żadne skarby się nie dam, a choćby führer (wódz) mnie osobiście o to poprosił.   

Ja teraz walczę tylko o to by jak najdłużej być niezdolnym i aby w szpitalu dokończyć tę wojnę. Jak to nam się uda, wtedy mogę powiedzieć że około 25 lekarzy zawiodłem w pole i niejednemu specjaliście zamydliłem oczy.

Interesujący jest wątek poruszony w pamiętniku 7 marca 1945 r. nazwany przez autora niemiecką propagandą, a w rzeczywistości opisem sowieckiego bestialstwa, które wydarzyło się zimą 1945 r. na terenie Górnego Śląska. „Propagandzie” tej nie chciał dać wiary Ryszard Schaefer, nie wiedząc zupełnie nic o fali gwałtów, grabieży i deportacji Górnoślązaków (w tym ponad 500 Piekarzan) do ZSRS:   

Słucham dziennie radio i muszę podziwić niemiecką propagandę. W tym naprawdę trzeba Niemcom oddać przodownictwo w świecie. Oni to mają wrodzone. Żadne inne państwo nie pobije ich w tej konkurencji. Niech mnie lepiej powieszą niżbym wierzyć miał w jej prawdę. Gdybym nie był pewny że oni bezczelnie kłamią musiałbym wierzyć że moi rodzice nie żyją, że moje siostry razem z dziećmi zostały zamordowane, że poucinano im ręce i nogi, wydłubano oczy i wycięto języki, moich kolegów wywieziono na Sybir, a wszystkie moje koleżanki przed ich śmiercią haniebnie zgwałcono. Czyż można w coś podobnego uwierzyć? Nie – ja nie uwierzę nigdy.

Dziennik Ryszarda Schaefera kończy się 14 marca 1945 r. w czeskich Budziejowicach, w których spędził 5 tygodni. Ostatnie dwa zdania, które zapisał, brzmiały:

Już od kilku lat zresztą bawię się w wojnę. Ciekawy jestem kiedy to się skończy…

Zachęcamy do lektury całego dziennika Ryszarda Schaefera, który z rękopisu przepisał jego syn Zygmunt, chcąc przypomnieć wojenne losy swojego ojca. Została zachowana oryginalna pisownia, jedynie skorygowane zostały nieliczne, ale rażące błędy, które utrudniałyby właściwy odbiór źródła.

CZĘŚĆ ŹRÓDŁOWA

DZIENNIK RYSZARDA SCHAEFERA (oryginał w posiadaniu ego syna Zygmunta Schaefera) 

Kozłowagóra, 15 stycznia 1945

Szereg miłych tygodni leży poza mną – beztroskie dni, kochane godziny. Dziś jeszcze wszystkie drogie mi osoby są obok mnie. Dziś jeszcze jestem szczęśliwy. Jest mi dobrze, kiedy mogę spojrzeć na swoich, kiedy siedzę przy łóżku mojej chorej mamy i dobrze mi jak jesteśmy razem – tylko sami z sobą. Czuję jednak, że to się kończy. Wypadki strategiczne w ostatnich dniach na najgorsze naprowadzają myśli. Co z tego wyniknie, jak to wszystko się ułoży? Nie chcę myśleć, bo widzę czarno. Widzę ogromny mur, który nas rozdzieli. Będę musiał pojechać i zostawić wszystko i wszystkich, którzy mi tak drodzy.

Szarlej, 16 stycznia

O trzeciej rano nas obudzili. Poszliśmy pieszo do Szarleja – sami zdrowsi, tacy, co już mogą nieco pracować. Moje przeczucia były słuszne. Tu mamy pomagać transportować chorych i pochować ważniejsze rzeczy, które również zabiorą – które mają zamiar zabrać, bo mnie się wydaje, że oni by chcieli wszystko ze sobą wziąć, wtedy musielibyśmy jeszcze kilka dni pakować. Ja osobiście ucieszyłbym się, bo wtedy by nas Iwan na pewno zaskoczył a ja z zupełnym spokojem poszedłbym do domu i czekałbym na dobry przebieg sprawy. Wszystko możliwe, może nawet dziś. Jestem ostatni dzień żołnierzem? Zobaczymy.

Czwartek, 18 stycznia

Nastrój w Piekarach i Szarleju jest naprężony. Różne słychać pogłoski jak również już słychać strzały artylerii i detonacje bomb nieprzyjacielskich. Czerwona armia szalone robi postępy. Częstochowa jest już w ruskich rękach i jak mówią w Lublińcu też już mogą być walki. Wszystko ucieka. Wojska niemieckie ciągną w kierunku Bytomia, lokalna i ludność cywilna, która zostaje ewakuowana. Na twarzy każdego widać jakiś lęk i strach przed katastrofą, która go ma spotkać. Wypadki z sierpnia 1939 roku się powtarzają. Podziwiać muszę mieszkańców z naszej okolicy. Ci zachowują zupełny spokój. Powiedzieć można, że już dawno pogodzili się z losem. Cóż my zresztą jeszcze więcej mamy do stracenia, jakżeśmy i tak już wszystko stracili prócz naszej nadziei, która jeszcze w nas żyje? Jedna część moich kolegów ze szpitala już wyjechała tylko ja jeszcze pozostałem z małą garstką, którą wybrano. Powiedzieć mogę, że mi się udało, bo mało pracuję i prócz tego jeszcze często jestem w domu. Wykorzystuję każdy moment. Przy lada sposobności zmykam na ulicę aby dowiedzieć się najnowszych wiadomości. Bardzo często jestem u Grety. Mam nawet wyrzuty, że staję się natrętnym. W takiej sytuacji mi to może prędzej wybaczą, jak kiedy indziej. Każdy raz wydaje mi się, że to ostatni a mimo tego jestem pewny, że za chwilę znowu tu będę. Będąc u niej nie wiem nawet jaki temat byłoby najlepiej poruszyć. Większą częścią milczymy, ale oczy nasze więcej dają do zrozumienia niżby usta mogły wymówić. Trzy razy byłem również u Flawiana, lecz nie znalazłem ani jego ani Kazika. Chciałem szukać pomocy – myślałem, że oni mogą mi coś doradzić, ale oni jak zwykle są zajęci sobą. Sam mimo chęci nic stanowczego wymyślić nie mogę. Jestem bezradny. W takiej sytuacji jeszcze nigdy się nie znajdowałem. Teraz trzeba jednak bardzo być ostrożny, każdy zły krok mogę zapłacić głową.

Piątek, 19 stycznia

I znowu była sposobność. Poleciałem do państwa Ludygów. Tak jak przypuszczałem – wszystkich zastałem w domu. Cieszyło mnie to, bo i z Usią i z Ireną mogłem pożegnać się, jak z kolegami. Odchodząc miałem dziwne uczucie. Po raz pierwszy wydawało mi się, że żegnam się na zawsze, że już nigdy nie będę w ich mieszkaniu i już nigdy nie zobaczę się w ogrodzie i w naszej miłej altance. Ogromny żal wstrząsnął moją osobą, więc szybko pobiegłem do szpitala. Leciałem jak wariat, nie odwracając się  – podobnie jak zwierzę ścigane przez myśliwego.

Sobota, 20 stycznia

Los – chciał inaczej. Dzisiaj ostatni raz jestem w domu. O siódmej wieczorem odjeżdżamy. Boję się tylko jednego – pożegnania ze mną w domu, to scena szczególnie wzruszająca, a tem bardziej teraz, kiedy nie tylko ja, ale i oni są w niebezpieczeństwie. Mogłem już dwa razy znowu być w domu, ale nie chcę, wolę nie widzieć moich ukochanych choć serce mi pęka z żalu. Chodzę jak struty, jak mumia bez życia. Chciałbym być głazem, lub rzeką która płynie i ginie w morzu. Nie ma nic gorszego jak niepewność. Może wyrok jakiś mniej boli, niźli dzień niepewnego życia.

Münsterberg Ziębice w woj. dolnośląskim, w pow. ząbkowskim, wtorek, 23 stycznia.

Od tej chwili powiedzieć mogę: zaczynam inne życie, bardziej burzliwe i bardziej niespokojne. W niedzielę w nocy przyjechaliśmy do Münsterbergu. Jak więc domyślać się było można wszystkie szpitale i szkoły przepełnione po same brzegi. Na szczęście i stąd uciekać musimy, bo jak radio i gazety podają Rosjanie ciągną na Berlin. Trudno nadążyć, tak błyskawiczne jest ich tempo. W biurach szpitalnych wre praca. Nasze dokumenty, nie wiem jaki sposobem, zaginęły zupełnie. Wszystko zostaje na nowo spisane Każdy zostaje pojedynczo badany i otrzymuje prowizoryczne papiery.  Wszyscy zostają wysłani do różnych szpitali w różnych okolicach. Nawet swoje życzenia można wypowiedzieć i to zostaje uwzględnione o ile w danej miejscowości jest szpital. A nam Ślązakom na pomysłach nie brakuje, wybieramy „Troppau” (Opawa – miasto w Czechach przy granicy z Polską), tam jeszcze można jechać i jest (co najważniejsze) najbliżej domu. Żeby tylko jak najszybciej nas odesłali, bo tu bardzo marne jedzenie poza kapustą i burakami nic więcej nie znają. A na czasie też bardzo nam zależy. Siedzimy jak na igłach i czekamy podobnie jak skazańcy na wyrok. Każda sekunda psuje nam plany i odbiera chęci. Lecz cóż robić – czekać musimy.

Środa, 24 stycznia

Nareszcie mamy nasze papiery (o ile je papierami nazwać można) gotowe. Trzech moich kolegów: Binek, Szymański i [nieczytelne], z którymi już przedtem plan działania dokładnie omówiliśmy, ruszamy w drogę. Kierunek nam jest znany. Idziemy pieszo, o wiele pewniej, koleje i tak są  zapchane. Ciekawy jestem jak daleko zajdziemy. Zdajemy sobie sprawę, że osiągnąć jakiś lepszy rezultat będzie trudno, ale mimo tego próbujemy. Będziemy mieli mniejsze wyrzuty bo i tak już zrobiliśmy błąd – błąd którego nam nikt nie wybaczy. Trudno – naprawić tego nie można. Zobaczymy co nam następne dni przyniosą.

Praga, sobota 3 lutego

Wczoraj jeszcze czuliśmy się swobodnie, cały dzień zwiedzaliśmy Pragę i oglądaliśmy przepiękne wystawy. Dziś znowu czuję się skrępowanym. Osadzono nas w ogromnej sali i nie pozwalają wychodzić. Krankensammstelle nazywa się to miejsce. Co mam robić z nudów? - kładę się na sienniku, które porozkładane po posadce – i odpoczywam. Zamykam oczy i śnię, śnię o tym co nam się nie udało, o naszej wędrówce. Ostatnie dni stają mi żywo przed oczami, dni które miały nas poprowadzić bliżej ku wschodowi, tam gdzie lasy kominów stoją, gdzie motory huczą, gdzie wielkie góry węgla usypane, tam gdzie nasza Ojczyzna się znajduje, tam ukochana matka moja, tam serce moje zostało. A  gdzieśmy zaszli? - do Pragi. Śmiać mi się chce, z nas „bohaterów”. Zamiast bliżej domu to coraz to dalej od domu jesteśmy i nic naszego nie osiągnęli. Dodać muszę, że ciężko było, ciężko dlatego bo front nagle stanął prawie przed naszym celem, przed Raciborzem. Jakby na złość, tylko dlatego by nam pokrzyżować plany. Widzę nas jakżeśmy wyruszyli pełni zapału i jak najlepszej nadziei. Przypominam sobie dokładnie każdą wioskę i każde miasto, każdą drogę i każdą ścieżkę, nawet najmniejsza drobnostka nie uszła mej uwagi. Byłem ostrożny a może dlatego jesteśmy dziś tutaj. Pierwszy dzień niedalekośmy zaszli. Większą częścią szliśmy pieszo. Saniami też się posuwaliśmy o ile była możliwość. I nawet dwa razy samochodem jechaliśmy. Ottmuchau (Otmuchów miasto w woj. opolskim, pow. Nysa) był pierwszy nasz przystanek, a nasze pierwsze duże miasto które spotkaliśmy. Tu widzimy trzydzieści małych dzieci które po drodze zmarły a niektóre nawet zgniecione zostały w natłoku nieustającym szczególnie na dworcach a część w wagonach. Deutsch-Wette (Nowy Świętów; wieś w wiejskiej gminie Głuchołazy, pow. Nysa, woj. Opole), Zigenhals (Kozia Szyja-Głuchołazy), Niklasdorf (Mikulowice w kraju ołomunieckim, pow. Jesionik) to następne nasze stacje. Jägerndorf (Karniów, 15 km od Prudnika) – znowu większe miasto. Coraz to trudniej nam iść naprzód, bo idziemy pod prąd. Na szczęście spotykamy samochód, który jedzie z nami do Leobschütz (Głubczyce - woj. opolskie) gdyby nie omyłka z naszej strony bylibyśmy już w Cosel (Kędzierzyn-Koźle), samochód właśnie jechał aż pod front. W samym Leobschütz bardzo żywo, tak samo jak w każdej większej wiosce lub mieście gdzie przechodziliśmy. Wszędzie ewakuacje. Dokąd ci wszyscy chcą pójść – głupcy ludzie. Nocujemy u jednego gospodarza, który nam też nie szczędził jedzenia. Wczesnym rankiem idziemy dalej. Aby nie musieć nadrabiać drogi idziemy na Troppau (Opawa - w Czechach w kraju morawsko-śląskim). Przede wszystkim zmniejszamy tempo – wybieramy o ile możliwości polne drogi. W każdej wsi oglądamy się na większe przejścia i tylko tam próbujemy szczęścia. Kilka razy nawet natrafiliśmy na świniobicie. Nasze żołądki nie mogą się skurczyć. Nasz najmniejszy kolega Molek nie może nam nadążyć. Widocznie ma za mały żołądek. Mijamy Bauerwitz (Baborów – miasto w woj. opolskim powiat Głubczyce) i Gross Petrowitz (Velky Petrowice – wieś w powiecie Nachod). I stoimy na rozdrożu. 18 km do Raciborza  i niewiele więcej do Troppau (Opawa). Namyślamy się i wybieramy Troppau. Aby jednak za szybko tam nie być nocujemy raz jeszcze w zapadłej jakiejś wiosce. Odnajdujemy szpital, który stoi na końcu miasta. W samym mieście ruch ożywiony i popłoch. Wojsko i partia zaczyna znowu działać. Organizacja zaczyna funkcjonować. Nam się to nie podoba. Jak najprędzej znikać z tego miejsca. Stoimy przed szpitalem. Nasze miny sposępniały, bo jesteśmy tu gdzieśmy wcale nie chcieli zajść. Wielokrotnie spoglądamy jeden na drugiego i stwierdzamy, że jeszcze nie wszystko stracone. Przestępujemy progi sali operacyjnej, Tu wre zawzięta praca. Sami świeżo ranni. Na nas przychodzi kolej. Tłumaczę nasze przybycie co zakłopotało lekarza. Widzę to i próbuję szczęścia. Lekarz się godzi bez czekania. Przekreśla Troppau (Opawa) i pisze Olmutz (Ołomuniec). Uśmiechnięci opuściliśmy szpital. Nasza droga prowadzi do koszar po prowiant. Następnie idziemy do restauracji na kolację. A następnie nocujemy w domu poza miastem. Z nowymi siłami ruszamy następnego dnia dalej. Wsiadamy do tramwaju i jedziemy do Morawskiej Ostrawy. Tego samego dnia zmuszeni jesteśmy zmienić kierunek i ruszyć w przeciwną drogę gdyż żandarmeria kontroluje każdego. Korzystamy jeszcze raz ze sposobności i idziemy po chleb, masło i kiełbasę. Następnego dnia rano już obracamy się w Olmutz (Ołomuniec). Wielki szpital na skraju miasta, podobny do ogromnego klasztoru, bierze nas w objęcia. Szef szpitala oburzony, że co dzień wzrasta liczba jego pacjentów, nie chce nas przyjąć. Po namyśle znajduje rozwiązanie. Następnego dnia jedziemy do czeskiej stolicy. Sale zapełniają się coraz bardziej. Ranni zjeżdżają się z wszystkich stron. W tej chwili dowiaduję się z rozmowy sąsiadów, że transport odchodzi jeszcze przed południem. Będę musiał zakończyć pisać. Pierwsi już otrzymują porcje na drogę. Autobus tu już czeka na ulicy. Codziennie pakuje manatki i zwraca nam uwagę. Już idę – odpowiadam i zamykam notes.

Poniedziałek, 5 lutego

Zaglądam na mapę i znajduję Budweis (Czeskie Budziejowice), gdzie obecnie jesteśmy. Tu już chyba koniec naszej wędrówki. Jeszcze dzisiaj sobie wytłumaczyć musimy co oni z nami wczoraj wyrabiali. Jakbym był głowę za to dał że ani jednej wszy u mnie nie ma bo przecież przychodziliśmy z szpitala gdzie czysto było, ale im tłumaczyć nie wolno. Do szpiku kości musieliśmy się rozebrać i oddać wszystko do ostatniej nitki, a potem nastąpiła kąpiel, badania, bardzo skromny ubiór i odjazd do szpitala (sala gimnastyczna mieszcząca ok. 70 osób). Co najprzykrzejsze naszych prywatnych rzeczy już nie oglądaliśmy. Nawet chleb, który mieliśmy w torbach, znikł bez śladu. Resztki naszego majątku przepadły. Poszliśmy do szefa, oburzamy się, ale i on żadnych reklamacji nie uwzględnia. To drobnostki – mówi, nie warto wspominać. Przecież tu nie głodujecie – dodał. Typowa odpowiedź. Tylko takiej było można się spodziewać. Ile złości w tym momencie we mnie było, można sobie było łatwo wyobrazić. To już chyba szczyt bezczelności, odebrać komuś ostatnią koszulę i ostatni kawałek chleba. Mógłbym, nie mając wyrzutów sumienia cały ten szpital puścić w płomieniach, lub zamordować każdego kto mi wejdzie w drogę. Z tym dniem nienawiść znowu o pewien procent wzrosła.

6 lutego

Trudno się zagrzać. Śpimy nawet w tych paskowatych ubraniach szpitalnych, a mimo tego porządnie marzniemy. Jeden piec w takiej dużej sali to chyba za mało. Nikt spod kołdry nie wychodzi. Wszyscy leżą jakby byli sparaliżowani, lub jakby odrabiali pokutę. 10.00 na zegarze a o śniadaniu nie ma mowy. Tu i ówdzie słychać pomruki na ten temat. Jak to często się powtórzy – trudno się będzie przyzwyczaić. O „armes Deutschland” (biedni Niemcy) – ktoś wzdycha  na końcu. Siostra zapowiada wizytę. Mała pulchna postać wchodzi do sali Oberstabsarzt (oficer personelu medycznego). Nikt nie wstaje, nikt nie woła „Achtung” – (uwaga), a on nie zwraca uwagi. Niezły człowiek jak widać. Na mnie przynajmniej wywarł dodatnie wrażenie. Nie zatrzymuje się długo, bo i jemu jak wyczuć można nie bardzo przyjemnie w tej roli. Gdyby każda wizyta tak wyglądała można by wytrzymać. Biorę również pod uwagę resztę pacjentów, u których prócz lekko rannych, żadnej choroby dopatrzyć się nie można. Każdy widocznie wymyślił sobie jakąś chorobę, aby dostać się do szpitala. Dlatego że rannych jest bardzo mało między nami, nasze ręce uchodzą za poważne wypadki. Też pewien plus który umożliwi nam trzymać stanowiska.

9 lutego

Z sali przesadzili nas do szkoły, Zaraz inaczej czujemy się w pokojach już więcej po ludzku. Po obiedzie pojechaliśmy autem do głównego szpitala po nasze mundury. Szlag by mnie trafił, gdybym  w takich łachmanach miał wyjść na miasto. Nie dość że to zalane i brudne, ale do tego jeszcze w takim stopniu pogniecione, jakby to krowa przez całe dwa tygodnie żuła. Pożal się Panie – takie wojsko. Po krótkiej naradzie między moimi kolegami zaczynamy pracować. Woda i szczotka to wszystko co mamy do dyspozycji, ale pewna praktyka z czasów rekruckich tu nam dopomogła. Dzisiaj znowu po czterech latach kładziemy się na naszych mokrych spodniach aby je w ten sposób przeprasować i jutro móc wyjść na upragniony spacer.

10 lutego

Sobota. Wszyscy mamy wychodne. Pogoda dopisuje, co nas cieszy i przyprawia humory. Wychodzimy na miasto, gdzie prawie słońce wszystkimi promieniami siada na rynek i ogrzewa wszystkie okna i matki zebrane tam z swoimi wózkami. Piękny obraz i śmieszny zarazem, może dlatego że nasze oczy nie przyzwyczajone do takiego widoku. U nas ludzie zbierają się dopiero wtedy, gdy jest jakieś ogłoszenie lub wydawają jakieś produkty bez kartek. Już ten wypadek daje znać że jesteśmy w innym kraju. Samo miasto charakteryzuje styl i ubiór mieszkańców. Tu nawet w razie wielkiej ulewy spacerować i załatwiać można swoje interesy bez parasolki nie mając obawy że się cośkolwiek zmoknie. Każdy chodnik to tunel tylko z jednej strony otwarty. Idziemy dalej. Cel nas prowadzi do kina. Po drodze spotykamy moc przechodniów. Prawie każda kobieta nosi białe buty a każdy mężczyzna ma kapelusik, tak dziwnie wsadzony, że to zaraz rzuca nam się w oczy, jak również paski przy płaszczach które noszą na samym tyłku. Dziwna moda w tych Czechach. Już wiemy gdzie wszystkie kina się znajdują. Jest ich tu aż cztery. Trzy czeskie i jedno niemieckie, na drugim końcu miasta. Kupiliśmy bilety na jutro i zadowoleni wracamy „do domu”.

Niedziela, 11 lutego

Już o drugiej po południu opuściliśmy nasze mury. Po pięknej przechadzce dookoła miasta dotarliśmy do naszego celu, do kina. Na filmie właśnie nasza niedziela się kończy. Jeden fakt chciałbym jeszcze wspomnieć, który mi dzisiaj opowiedzieli: W tym tygodniu partia rozdała swoje odznaki z N.S.D.A.P. (National - Sozialistiche Deutsche Arbeiterpartei – Narodowo Socjalistyczna Niemiecka Partia Robotników) pomiędzy wszystkich ewakuowanych czy to ze Śląska, czy z Pomorza, czy z zachodnich granic Niemiec. Każdy mężczyzna i kobieta czy chce czy nie chce zmuszony jest przypiąć sobie ten znaczek, w innym wypadku traci wszelkie prawa na jakiekolwiek wsparcie. Też sposób na który się tylko partia zdobędzie.

16 lutego

Dzień po dniu upływa bez większych zdarzeń zupełnie normalnie, na sposób szpitalny naturalnie, Nic nie czynić to cała nasza robota. Pragnę czasem zajęcia, tęsknię nawet rano, bo mógłbym myśli swoje rozproszyć i przynajmniej na ten czas zapomnieć o wszystkim. Często jestem w mieście i przypatruję się ruchowi ulicznemu. Czesi chodzą sobie swobodnie i na pewno ani jeden z nich nie myśli o wojnie – zresztą po co, oni jej nie pragną. Zakochane pary idą w kierunku parku i nic ich nie przejmuje. Tak samo jak nas przed sześciu laty. Takim scenom ja się muszę przypatrywać. Zazdrość budzi się we mnie a bieda moja potęguje. Ci ludzie jeszcze nie poczuli wojny i nie muszą być żołnierzami, dlatego też nie współczują z nami i nigdy nie zrozumieją naszego położenia. Oni nie muszą czuć się w położeniu prostego żołnierza, którego zmuszono mimo jego woli który tak samo wolałby być w tym momencie w domu – o ile go jeszcze posiada. Na pewno niejeden oddałby cały swój majątek i niejeden z nas zgodziłby się na ciężką pracę, byle by tylko wojna odeszła do końca.

17 lutego

Aby uprzyjemnić nam czas zarządził lekarz by rozdano nam książki. Siostry zaraz wykonały jego rozkaz. Mnie się też dostały dwie broszury Przeczytałem tytuł, ale to wszystko. Taka książka nie umiałaby mi zaimponować nigdy. Takiej zresztą jeszcze nie czytałem, dlatego też wcale jej nie zaczynam. Wojnę mam po same uszy. Trzymałem je przez czas w ręce i wpadłem na pomysł. Z polską książką nie chciałbym tego uczynić – nigdy, bo też mój dawny zawód nie pozwalał na to i już od chłopca byłem przyzwyczajony szanować książki i w szkole nas tego uczyli, ale z taką książką mogę sobie na ten czyn pozwolić, bo one i tak wkrótce będą nieaktualne. Oderwałem okładki a resztę wrzuciłem do pieca aby zatrzeć ślady. Z tych okładek zrobiłem ramkę a do niej włożyłem zdjęcie Grety, to które mi dała w ostatnią niedzielę przed odjazdem, to najpiękniejsze. Postawiłem je na stoliku nocnym przy moim łóżku. Od dziś przynajmniej oczy moje najedzą się najserdeczniejszym widokiem. Będę patrzył przy lada sposobności od rana do wieczora, to będzie moje główne zajęcie. Będę podpierał jej głowę śliczną, jej oczy duże i usta kuszące. Nie tylko ja będę je podziwiał ale i moi koledzy i wszyscy inni, którzy to zdjęcie zobaczą.

20 lutego

Cieszymy się że mamy spokój, a tymczasem zanudzamy się porządnie. Ja jednak jestem tego zdania,  że lepiej więdnąć z nudów aniżeli palce skrzywić na ich korzyść. Większą część dnia leżę bezczynnie jak kawał nieruchomej materii. Duch mój gdzie indziej a myśli moje zawsze te same i zawsze w tym samym miejscu tam gdzie je serce ciągnie gdzie połowa życia mojego została. Czemu ja o tym tylko myśleć muszę. Aż głowa mnie od tego boli – cały chory jestem, po prostu do niczego nie jestem zdolny. Taki leniwy już nie pamiętam kiedy byłem. Każda kosteczka mnie boli jak dawniej po każdym dobrym meczu. Ach, jak o tym wspomnę energia mi wraca. Widzę stadion, pełno widzów, krzyki dookoła, oklaski, a ja w bramce. Żeby teraz nastały normalne czasy, żeby raz jeszcze stanąć na boisku, zobaczyć wszystkich sympatyków, jeszcze raz ich zadziwić, raz jeszcze wyżyć się po dawnemu i się zestarzeć. Mam swój zawód, swój spokój i swoją rodzinę a obok siebie ukochana żonę. Niewiele wymagam od życia ale chcę mieć spokój, nie chcę tułać się po świecie i walczyć za innych. Chciałbym nareszcie pomyśleć o sobie i zacząć budować przyszłość. 

21 lutego

Co mnie najbardziej męczy i nie daje spokoju, to myśl o moich bliskich. To co dawniej było moim najmilszym zajęciem w samotności, teraz stało się prawie cierpieniem. Nie mogę myśleć o nich muszę je odganiać. Nie chcę myśleć o domu bo mógłbym zwariować. Nie chcę serca na nowo ranić. Niepewność o bliskich, o ich życiu czyni mnie słabym, ale może im lepiej się powodzi jak myślę. Oby Bóg miał ich w swej opiece i dał im wiele szczęścia i siły aby mogli znieść wszystkie trudy i cierpienia a szczególnie moim chorym rodzicom, którzy na pewno więcej troszczą się o mnie jak trzeba. Żeby tylko nie przejmowali się za dużo, to im może zaszkodzić. Ja proszę o ich zdrowie i życie. Ja bym wszystko zrobił by im pomóc. Ja dla nich żyję. Wszystkie moje wysiłki im ofiaruję. Mój szczęśliwy powrót dla nich będzie. Bo wiem że moja matka i mój ojciec czekają na mnie i że za żadnym dzieckiem tak nie tęsknią jak za mną. Dumny jestem z tego. Ja tez odwzajemniam się za to. Mama to już najlepiej odczuła. Ona rozumie mnie najlepiej. Byłbym nieszczęśliwy, gdyby miał ich spotkać jakiś cios.  Niech ja lepiej marnie zginę, a im niech zaświeci jutrzenka – wolność, za którą ja cierpię.

23 lutego

Nie mogę patrzeć gdy ktoś czyta listy. W tym momencie odczuwam podwójnie całą moją biedę, a łożenie moje staje się o wiele nieznośniejsze. To chyba najbardziej czyni mnie nieszczęśnikiem. Żadnych wiadomości znikąd. Żadnego adresu nie mam by móc do kogoś pisać, z kimś się podzielić myślami, komuś się zwierzyć, móc z kimś pogadać tak jak do tego przywykłem To by mnie na pewno zmieniło na krótko a przede wszystkim dało roztargnienie. Miałbym jakiś cel. Czekam na jakąś wiadomość, a jakbym ją dostał, od razu odpisałbym. Pisałbym długie listy do domu, do Greti i do kolegów. Pisałbym co by mi na myśl przyszło. Byłbym szczery jak jeszcze nigdy. Powiedziałbym np. Grecie że to co jej w ostatnim liście pisałem to prawda, że ja jej już w ostatnim dniu odjazdu chciałem powiedzieć, ale nie miałem odwagi, słowa ugrzęzły w otchłani. Ale dziś napisałbym dużo więcej. Każdy dzień bym opisał, co robię, gdzie jestem i o czym myślę. Upewniłbym ją że myśli moje są tylko przy niej i że wszystkie siły i cały mój spryt dołożę aby cało i zdrowo powrócić do domu i zacząć nowe życie.

24 lutego

Z wielkim zapałem i ze spotęgowanym zainteresowaniem śledzimy wypadki polityczne. Każdy wypowiada swoje zdanie i nowiny które słyszał, lub spostrzeżenia godne uwagi. Pocieszamy się wzajemnie i wzmacniamy nasze nadzieje. Każda przespana noc skraca nam cierpienie i każdy przeżyty dzień zbliża nas ku wiośnie, ku lepszej przyszłości. Mapa którą kupiłem w Pradze oddaje nam dobre usługi. Dziennie szukamy w niej nowo zabrane miasta, podkreślamy je i w ten sposób przenosimy linię frontu na wschód i na zachód, do środka Niemiec. Nic nam nie sprawia tyle przyjemności jak fakt kurczenia się Niemiec. Z pewna satysfakcją robimy czerwonym ołówkiem kółko tam gdzie są walki. Tyle już mamy wprawy, że nawet naprzód już wiemy co jutro za miejscowości wymienią, dlatego tą i tą podkreślamy. Nam się to wydaje zupełnie naturalne, inaczej być nie może. Jeszcze nigdy nie miałem tyle zainteresowania i jeszcze nigdy nie znałem tyle miast niemieckich jak teraz. Nie tylko niemieckie, ale i wszystkie te w całej Europie gdzie jakieś większe walki się odgrywały. Przynajmniej tyle korzyści mam z tej wojny.

Poznałem starszego gościa z Kępna , który tak samo jak każdy z nas mimo woli widzieć musiał czasy niemieckie. Podczas I wojny światowej był sierżantem w obronie, dlatego że ma Volksliste 3 (Niemiecka Lista Narodowościowa), nie może mieć tę sama rangę i jest zwykłym żołnierzem. Mówi czysto po polsku i niemiecki język jest mu obcy. Nikt by nie poznał, że to Polak jak się z nim rozmawia. Opowiadaliśmy dosyć długo i każdy z nas się cieszył że spotkał rodaka. Pod koniec zaczęliśmy o wojnie. To był widocznie jego najmilszy temat. Jak on interesująco rozmawiał i jak przekonywująco, z przyjemnością go słuchałem. Na pożegnanie dodał, że już niedługo że marzec lub kwiecień zadecyduje i poszedł. Obiecał mnie częściej odwiedzać. Wnet bym się zgodził z jego zdaniem ale do pewności dochodzą jeszcze dwa miesiące. Tyle chyba jeszcze każdy z nas wytrzyma, a choćby najgorsze przyszły godziny.

26 lutego  

Luty odchodzi do końca i nie mogę powiedzieć że mieliśmy dużo brzydkich dni. W tym roku szczególnie piękny mamy luty. Po zimie już prawie nie ma śladu. Gdyby mnie prawie każdy dzień tak nie interesował, wtedy szybko mógłby mi ktoś wmówić że już jest kwiecień - i uwierzyłbym. Pogoda na to wskazuje, ale poza tym nic więcej. W kwietniu dużo więcej będziemy wiedzieli, a Niemcom spadną okulary i zobaczą własnymi oczami ich koniec. Ze smutkiem będą musieli stwierdzić że dla nich słońce zachodzi i że już więcej im nie zaświeci. Ja tego jestem pewny i wierzę w to. Intuicyjnie odczuwam jakiś przełom w historii – to chyba każdy z nas wie, ale ja czuję że stanie się coś nadzwyczajnego, że nadejdzie jakiś fantastyczny koniec, taki jaki sobie nikt nie wyobrażał. Mieszkańcy Budziejowic stopniowo zmieniają swój strój, tak samo jak słońce powoli powiększa swoja siłę. Cieplejszy wiatr przewiewa powietrze i daje wyczuć – choć jeszcze daleką, ale zbliżającą się wiosnę. Dzisiaj szczególnie można to wyczuć i wątpię żeby znalazł się człowiek, który nie doznał innych myśli, takich jakich jeszcze nie miał w tym roku. We mnie wchodzi inne życie. Chciałbym coś zrobić, gdzieś polecieć, kogoś mieć przy sobie, kogoś ściskać i wycałować. Nie trudno odgadnąć co się we mnie budzi, lecz ja nie śmiem o tym myśleć bo mógłbym ogłupieć, mógłbym sobie włosy garściami wyrywać, albo jeszcze większe popełniać jakieś głupstwa - tak bardzo mnie męczą te myśli. W takiej chwili szukam roztargnienia. Mam jeden sposób, który mi zawsze pomaga. Otwieram okno i spoglądam na świat. Czerwone dachy i wieże kościołów zapełniają miasto a w oddali widać wolną przestrzeń, która każdego zaprasza a szczególnie wabi nas „niewolników”. Na samym horyzoncie ciągną się czarne lasy a przez sam środek prowadzi prosta droga, aż biała w blasku słońca. Tędy musiałbym iść żeby zajść do domu. Po tej drodze, przez tę przestrzeń i te lasy. Szedłbym dniem i nocą, żeby tylko było można, szedłbym bez odpoczynku, bez spania i jedzenia tak długo żebym cel swój osiągnął. I nie zmęczyłbym się, nie czuł głodu ani nie zapragnąłbym snu. Każdy kilometr dałby mi więcej siły a każda godzina skracała mi drogę. Śpiewałbym po drodze i zrywał kwiatki na duży bukiet i niósłbym go tak długo żebym go złożyć mógł na łóżku mojej kochanej matki. I nie zapomniałbym tę drogę – tę najpiękniejszą drogę do wolności

Środa 28 lutego               

Od wczoraj pogoda się znacznie pogorszyła. Niebo się zachmurzyło i śnieg sypie bez przerwy a ja byłem tego zdania że już nie zleci. Nie warto za wcześnie chwalić, zresztą może mi być jedno. Ale po co ten śnieg w ogóle leci, kiedy zaraz topnieje? Może po to tylko żeby świat jeszcze brzydszy zrobić aniżeli już jest. Mój humor najczęściej upodabnia się do pogody. Gdybym dzisiaj chciał porównać musiałbym powiedzieć że mój humor nawet dzisiaj musi ustąpić pogodzie. Tak przykro już dawno mi nie było. Żeby przynajmniej słońce się pokazało, wtedy może dostałbym siły – nie tyle siły fizycznej ile zdolności do opanowania nerwów, które mam poszarpane do reszty. Czuję że staję się chwilami słabym, w takich momentach muszę sam sobie zwracać uwagę i przypominać sobie moje postanowienie. Przyrzekłem sobie być dla nich jedynie ciężarem i wszystko czynić na ich niekorzyść. Postanowiłem że ze mnie już żadnej pociechy mieć nie będą, ani w szpitalu ani na jakimkolwiek posterunku jako żołnierz, a tym bardziej na froncie. Ani jedna kula nie wyleci z mego karabinu i ani jednej doby nie spędzę więcej w okopach. Pójdę na tę albo na tamtą stronę, ale zabić na koniec za żadne skarby się nie dam, a choćby führer (wódz) mnie osobiście o to poprosił.

Wczoraj znowu przesiedlili nas do innej szkoły. Molek i ja jeszcze trzymamy się razem. Ambulanten kompanie (ambulatorium – szpital rezerwowy: Wojskowa Inspekcja Medyczna Wehrmachtu) nazywa się ten nowo założony „związek”. Co oni jeszcze za kompanie potworzą, jestem ciekawy. Nam zresztą może być równo. Ja teraz walczę tylko o to by jak najdłużej być niezdolnym i aby w szpitalu dokończyć tę wojnę. Jak to nam się uda, wtedy mogę powiedzieć że około 25 lekarzy zawiodłem w pole i niejednemu specjaliście zamydliłem oczy.

3 marca

1 u. 2 Anb. Komp. Gren. Ers. Bd 302 – to adres naszego nowego miejsca. Jest to duży gmach – dawne czeskie gimnazjum. Wewnątrz już bardziej na koszary wygląda aniżeli na szpital. Czarna tablica, która wisi na korytarzu ma prócz ogłoszeń plan zajęć wywieszony. nie jest on taki skromny, ale w każdym razie już minuty będą odgrywać rolę. Po większej części sportem, wykładami i drobnemi zajęciami jak zamiatanie korytarza, czyszczenie umywalni i struganiem ziemniaków ten plan jest przeplatany. Trzy razy w tygodniu idziemy jako ambulanci do szpitala. Czas mile upływa, nie można się skarżyć.  

6 marca

Nie ma dnia żeby nie było alarmu. Co dzień schodzimy do piwnicy aby tam spędzić godzinę lub dwie, a to zawsze w porze obiadowej. Nawet tę skromną strawę nie pozwalają nam zjeść w spokoju. Narzekać nie można, nam dotychczas na głowę jeszcze nic nie spuścili. Innym idzie dużo gorzej. Wypluć się muszę bo o to nie trudno. Nie wołaj wilka z lasu – mówi przysłowie. W Pradze już dwa razy byli, a o Budziejowicach też nie zapomną. Oni dobrze wiedzą że tu koncentruje się dużo wojska i po części większość szpitali z prosektorium. Ostatnio nawet z Morawskiej Ostrawy cały szpital został tu przeniesiony. Pepikom też oczy się otwierają, oni też zaczynają poznawać skuteczność bomb angielsko-amerykańskich. Duże łzy ronią od czasu bombardowania Pragi. Im nie chce pomieścić się w głowie, żeby ich złote miasto mogło stanąć kiedyś w płomieniach. Widziałem w tygodniku na ekranie zdjęcia z pierwszego nalotu. Pierwszy raz coś takiego pokazali w kinie. Słyszałem dookoła narzekania Czechów, kobiety nawet płakały. Trudno – i Praga musi dzielić los z Berlinem, Warszawą, Wiedniem i z wielu innymi miastami w Europie.

7 marca

Słucham dziennie radio i muszę podziwić niemiecką propagandę. W tym naprawdę trzeba Niemcom oddać przodownictwo w świecie. Oni to mają wrodzone. Żadne inne państwo nie pobije ich w tej konkurencji. Niech mnie lepiej powieszą niżbym wierzyć miał w jej prawdę. Gdybym nie był pewny że oni bezczelnie kłamią musiałbym wierzyć że moi rodzice nie żyją, że moje siostry razem z dziećmi zostały zamordowane, że poucinano im ręce i nogi, wydłubano oczy i wycięto języki, moich kolegów wywieziono na Sybir, a wszystkie moje koleżanki przed ich śmiercią haniebnie zgwałcono. Czyż można w coś podobnego uwierzyć? Nie – ja nie uwierzę nigdy. Ja nie śmiem uwierzyć. Bo nie miałbym po co istnieć na świecie. Ja przecież tylko jeszcze dla nich żyję i dla nich cierpię. Gdybym nie miał tego oparcia musiałbym zwątpić lub gdzieś marnie zginąć. Dla nich żyję i dla lepszej przyszłości. A gdy przyjdzie umierać to tylko dla nich  mogę życie ofiarować, dla nikogo więcej. Ja jestem święcie przekonany że już niedługo a znowu będę z nimi razem.

9 marca

Mało chleba – to temat który codziennie poruszamy. Nie ma co palić, to największy cios który spotkał żołnierza. Obserwuję swoich kolegów i współczuję im w tym wypadku, a zarazem nie mogę zrozumieć ich słabości. O ile możności pomagam im by nie umarli za wcześnie. Jak dobrze, że ja temu nałogowi nie uległem, obecnie podwójnie mogę to odczuć. Dwa papierosy na dzień to chyba najmniejsza dawka jaką nas mogą poczęstować. Aż wstyd jak się patrzy na obecny stan wyżywienia, w ogóle na całe nasze położenie. Zacząłem na papierosach więc chcę też na nich skończyć. Nie jestem palaczem dlatego też nie wiem co to znaczy nie mieć tytoniu, ale widzę u moich kolegów aż za dobrze. Za jednego papierosa płacą 2 marki, ale nie zawsze maja te szczęście za pieniądze dostać tą dobroć. Na pieniądzach nikomu już nie zależy, więc nie chcą sprzedawać. Moim zdaniem to bezczelność brać tyle pieniędzy za taka drobnostkę. Gdybym tak spisał co żołnierze, nie tylko żołnierze, ale i cywile robią za tytoń to by można spisać prawdziwy cennik. Zacząć można na żywności i odzieży a skończyć na bieliźnie i starociach. Chleb odgrywa w tym wypadku główną rolę. Już w Budziejowicach kupowałem go za 10 papierosów. Teraz naturalnie potaniał. Nałogowi palacze spośród pacjentów zamieniają połowę swej porcji za jednego, a jak mi się uda za dwa papierosy Masło, kiełbasa, powidła cukierki lub kompot – co się tylko da sprzedają. Czasem śmiać się można z jakimi propozycjami przychodzą. W ostateczności chwytają się ostatniej deski. Wtedy wyciągają swoje fajki i palą herbatę. W takim wypadku radzę każdemu opuścić pokój. Smród jaki się w ten czas rozchodzi jest tak nieznośny że można zajechać do Rygi lub omdleć z zaduchu. Jestem ogromnie rad, że nie muszę palić. Każdy mi zazdrości, a ja ciągnę z tego podwójne korzyści.

Niedziela 11 marca

I jeszcze gorzej będzie. Każdy o tym wie i wszyscy się tego boją. Teraz już chyba nikt nie wątpi, że ta wojna już dłużej trwać nie może. Na to tylko czekałem by z dnia na dzień nam jedzenie skracali. Inni się oburzają i wyzywają, a ja cieszę się z tego. Wiem że i ja na tym tracę, a mimo to nie martwi mnie to wcale – odwrotnie jestem zadowolony z tego bo wiem co to znaczy, bo widzę, bo każdy widzi brak żywności w Niemczech. Czyż może inny jakiś faktor większy zadać cios ostateczny jak głód? Każdy przyzna, że nie. Dlatego też chętnie pogłoduję. Ja sobie dam radę. Z głodu nie umrę. Mnie Czesi pomogą, oni każdego Polaka wesprą, ale Niemców z głębi serca nienawidzą. Oni by ich w łyżce wody potopili. Oni wiedzą co im mają do zawdzięczenia. Ja sobie także wyobrazić mogę co się tu w protektoracie[4] działoby w razie jakiegoś przewrotu. Biada temu kto niemiecki mundur będzie miał na sobie.

12 marca

Lekarz specjalista z Prago zaszczycił dzisiaj nas swą obecnością. Ja bardzo tych gości lubię nie potrzebują dodawać. Żołnierze nazywają ich w swoim żargonie „K.V. Maschine” – Maszyny wysokiego napięcia. Powyższa komisja składała się z 3 lekarzy. Każdy z nas pojedynczo musiał stawać przed tą trójką, która decydowała czy dany pacjent ujrzy wkrótce front, czy też odpocznie jeszcze kilka dni lub kilka tygodni w szpitalu. Trzeba im przyznać, że dosyć solidnie spełniali swoje zadanie. Każdy z bijącym sercem oczekiwał na swoją kolejkę i każdemu kamień spadł z piersi kiedy ten moment miał poza sobą. Podobne uczucie może mieć tylko uczeń przy egzaminie. Wreszcie i na mnie przyszła kolej, już nie wiem po raz który byłem badany, ale wiem że dziś 24 lekarz oglądał moją rękę. Moja metoda mnie nie zawiodła. Przez pół roku można się chyba czegoś nauczyć – nawet wmówić można chorobę sobie i drugim, tylko trochę odwagi i odpowiedni styl trzeba zachować. I znów mam albo 4 tygodnie zapewnione. Jestem zadowolony z dzisiejszego dnia. Po obiedzie mogę spokojnie zobaczyć sobie nowy film. Przed godziną dowiedziałem się, że Molek i ja mamy opuścić Budziejowice. Obaj mamy jechać do innego szpitala w okolicy Pragi. Nowy pomysł dzisiejszej komisji lekarskiej. Szczerze mówiąc niezła myśl, najlepsze dla nas rozwiązanie, ale mimo tego opuszczać Budziejowice będzie nam ciężko, bo przecież ogólnie mówiąc niezły czasy myśmy tu spędzali – 5 ładnych tygodni. Tego zresztą było można się spodziewać, przy wojsku nie jest inaczej, skoro się człowiek ogrzeje, zaraz musi opuszczać miejsce. Może i to będzie jakąś szkołą dla nas. Już od kilku lat zresztą bawię się w wojnę. Ciekawy jestem kiedy to się skończy.

14 marca[5]

 

Powrót do domu

15 maja 1945 roku Ryszard Schaefer wyszedł ze szpitala z Wlaszima (Vlašim) koło czeskich Budziejowic i wrócił do swojego rodzinnego miasta. Podjął pracę zarobkową jako kreślarz w kopalni Radzionków. W 1946 roku zawarł związek małżeński z Leonią z domu Ludyga, z którą doczekał się dwóch synów: Zygmunta i Grzegorza. Mieszkał w rodzinnym domu przy ul. Karola Miarki 17 w Piekarach Śląskich.

Poświadczenie polskiego obywatelstwa Ryszarda Schaefera z 1949 r.

Powrót do piłki

Był jednym z pionierów powojennego futbolu w Piekarach Śląskich jako bramkarz Robotniczego Klubu Sportowego „Polonia” Piekary Śląskie. Już jako trener wprowadził ten klub w 1955 roku do III ligi, co było wielkim osiągnięciem w tamtym czasie. Grał, trenował i był w zarządach również w innych klubach piekarskich takich jak: GKS „Andaluzja” Brzozowice-Kamień, GKS Kopalnia „Julian”, czy GKS „Olimpia”. 

Jeden z herbów zaprojektowanych przez Ryszarda Schaefera.

Kariera w górnictwie

W latach 1951-1980 pracował w ZGH im. L. Waryńskiego, które w 1964 roku zmieniły nazwę na KGH „Orzeł Biały” w Brzezinach Śląskich na stanowisku st. referenta inwestycyjnego. W dniu 11 lutego 1963 roku złożył egzamin w Zaocznym Technikum M.G.E. w Katowicach i uzyskał prawo używania tytułu technik górnik. W Barbórkę 4 grudnia 1964 roku otrzymał III stopień technika górniczego.

Wieczny odpoczynek

Ryszard Schaefer zmarł 25 listopada 2002 roku w wieku 83 lat i został pochowany na cmentarzu w Szarleju przy ul. Karola Miarki.

Ryszard Schaefer (drugi od lewej) na zdjęciu rodzinnym.

 

Wszystkie dokumenty i fotografie pochodzą ze zbiorów Zygmunta Schaefera.


[1] Później ulicę przemianowano na Klasztorną, a obecnie to ul. I Armii Wojska Polskiego.

[2] Po wybuchu wojny ulica została przemianowana na Adolf Hitler Strasse. Po wojnie otrzymała imię Marszałka Roli-Żymierskiego, a dzisiaj jest to ul. Bytomska.

[3] Od 1950 r. „Dymitrow”, od 1990 r. „Centrum”.

[4] Mowa o kolaborującym z Niemcami kraju Protektorat Czech i Moraw, który Niemcy utworzyli na terenie Czech, Moraw i Śląska Czeskiego 15 marca 1939 r. Większość państw nigdy nie uznała tego administracyjnego tworu, na czele którego do 4 maja 1945 stał czeski polityk Emil Hácha.

[5] Przy dacie nie pojawiły się już zapiski.

Copyright © Free Joomla! 4 templates / Design by Galusso Themes